Od 10 lat pracuję jako osobisty kierowca mojego szefa. Każdego dnia o 7.00 rano przywożę go z jego podwarszawskiej rezydencji do biura znajdującego się w centrum miasta. Każdego dnia o 20.00 zabieram go z biura i przywożę z powrotem do mieszkania. Kilka razy w tygodniu zabieram go na konferencje do różnych miast na terenie całego kraju. Mój szef jest pracoholikiem, a do tego cholernie zasadniczym sukinsynem. Praca w jego firmie nie różni się niczym od służby w armii. Gdyby któregoś dnia powiedział mi, że mam mu salutować na ‘dzień dobry’ nie zdziwiłoby mnie to ani trochę.
Mam szczęście, że jestem tylko jego kierowcą i całe moje obowiązki sprowadzają się do prowadzenia samochodu, ale i tak krew mnie zalewa kiedy widzę jak traktuje swoich podwładnych. Nie mam zielonego pojęcia jak jego żona z nim wytrzymuje. Do niedawna byłem zresztą przekonany, że nie jest żonaty. Do niedawna…
Wczoraj szef wezwał mnie do siebie i powiedział, że ma dla mnie specjalne zlecenie.
- Moja żona przylatuje dzisiaj o 18.00 z Paryża. Odbierzesz ją z lotniska i zawieziesz do domu.
Jasne, czemu nie. Kwadrans przed szóstą zaparkowałem na parkingu przy lotnisku, w specjalnie zarezerwowanym miejscu. Nie miałem zamiaru iść do hali przylotów, bo i tak nie miałem pojęcia jak wygląda moja pasażerka, podczas gdy ona na pewno nie będzie miała problemów z rozpoznaniem samochodu męża. Obserwowałem ludzi wychodzących z lotniska, ale nikt z nich nie wykazywał zainteresowania ani mną, ani samochodem. W końcu zobaczyłem idącą w moim kierunku kobietę, która w pełni odpowiadała moim wyobrażeniom. Elegancki ciemnozielony kostium, ciemne okulary i kapelusz z szerokim rondem pozwalały rozpoznać kobietę z klasą. W ręku trzymała czarny neseser stanowiący cały jej bagaż. Podeszła do mnie i ściągnęła okulary. Musiałem przyznać, że jest bardzo atrakcyjna. Miała około 35 lat, zielone oczy, krótkie kasztanowe włosy i figurę modelki. Wyjątkowo pięknej modelki.
(więcej…)